Header

Paula Urban

Paula Urban: Mam na imię Paulina Urban. W Irlandii mieszkam od prawie piętnastu lat. Interesuję się historią, literaturą, fotografią i muzyką. Fantastycznie, że organizujecie taki plebiscyt 🙂

https://www.facebook.com/paula.datin

Wstęp:         
         Każdy idzie inną droga poprzez ten świat, dziwny, skomplikowany i pełen pytań na które nie potrafimy znaleźć odpowiedzi… Każdy też niezależnie od tego skąd by był, co by miał i kim by był jest taki sam. W każdym drzemią te same uczucia, potrzeby i pragnienia….
            Kiedy na co dzień we własnych miastach, w swoich małych światach, w swoich czaso-przestrzeniach: na ulicy, sklepie czy też parku mijamy się znani i nieznani, bliscy i dalecy z tak zwykłą na pozór lekkością, jesteśmy wtedy jak rozproszone drobno kawałki łączące się po drodze i składające się w jedną całość tworząc cud – cud życia. Na nasze życie, na ten cud, bardzo często składają się takie prozaiczne, niedostrzegalne zwykle drobiazgi jak spojrzenia, rozmowy, dotyk, zachwyt, słowa… To właśnie te drobiazgi w rzeczywistości kryją w sobie cały urok, głębię i tworzą codzienność. W dzisiejszych czasach, w dobie Internetu, smartfonów, samolotów, życie nabrało zbyt szybkiego rytmu, zagłuszając w nas często świadomość doceniania najprostszych chwil i zamieniając je w nieustający pęd wtapiający nas w sztuczny świat zimnych aglomeracji. 

każde jedno cichutkie westchnienie
każde pragnienie, tęsknota, ból…
w życiu najczystsze niesie ukojenie:
muzyka, poezja.…  miłość?.. .


Istnieli albo nie istnieli
Na wyspie albo nie wyspie.
Ocean albo nie ocean                     
połknął ich albo nie…  Czy było komu kochać kogo?                                 
Czy było komu walczyć z kim?
Działo się wszystko albo nic 
tam albo nie tam…

Wisława Szymborska  ,,Atlantyda’’


                                                                                                                                 Rozdział 3


                         W tym niezwykłym miejscu czuło się historię, potęgę i urok tej okazałej wieloskrzydłowej budowli. Kompozytor udał się na legendarną średniowieczną zamkową twierdzę Mont-Saint-Michel, aby w zamian za Karla grać tam charytatywnie dla odwiedzających ją turystów. Gdy wszedł w bramy tej potężnej, monumentalnej budowli, która leży na skalistej wyspie błękitnego kanału La Manche, już po chwili ze szczytu rozległo się głośne bicie dzwonów, które rozbrzmiewa tu dwa razy w ciągu doby sygnalizując przypływy i odpływy. Samuel szedł w górę, ku szczytowi, co chwilę oślepiany wychylającym się z za kamienic słońcu, dość silnie jeszcze rażącym lecz powoli kierującym się ku zachodowi. Z niewiadomych przyczyn podczas wchodzenia na stopnie schodowe odczuwał lekkie zawroty głowy i nie wiedział już czy są one wynikiem wysiłku fizycznego czy też przepełniającej go w tym momencie ekscytacji i sentymentu. Jedno było pewne Mont-Saint-Michel zawsze wzbudzało w nim nieopisane uczucia zatracenia czasu i rzeczywistości, tylko w tej właśnie chwili nieco intensywniej. Jego ciekawość dla tego miejsca zamieniała się w fascynację a jego podziw w zachwyt. Wszystko to być może było tylko wynikiem tego, że dawno już tu nie był i zapomniał o przemożnej sile uroku tegoż unikalnego miejsca. Szedł więc dalej, coraz bardziej wąską, stromą, pnącą się ku górze uliczką przepełnioną sklepikami z pamiątkami i restauracyjkami gdzie unosił się zapach francuskiej kuchni: pieczonych ryb i grillowanego mięsa. Natomiast krótką chwilę później poczuł słodką,mdlącą woń tradycyjnych crepes. Po te cieniutkie naleśniki podawane z konfiturami, bitą śmietaną i owocami ustawiały się kolejki. Samuel spoglądał na turystów leniwie kręcących się wokół, smakujących lokalnych potraw, win, serów a także na tych którzy poszukiwali pamiątek. Sam z ciekawości i z faktu, że miał jeszcze w zanadrzu dość sporo czasu do swojego koncertu, pomimo, iż nie szukał niczego konkretnego wszedł do jednego ze sklepów. Wziął w dłonie parę przedmiotów z półki, które wzbudziły jego zainteresowanie, po czym obejrzał je i odłożył na miejsce. Szczególnie spodobała mu się szklana przezroczysta kula w środku której znajdował się miniaturowy Mont-Saint-Michel. Nie była to jakaś niezwykła pamiątka, wręcz przeciwnie najzwyklejsza na świecie, gdzie pełno takich, gdziekolwiek by się nie pojechało były one dosłownie wszędzie. Samuel też miał ich wiele w swojej kolekcji a to kula z miniaturowym Big Benem z Londynu, małą wieża Eiffla z Paryża czy też małe Sydney z Australii i wiele innych ze wszystkich stron świata jakie kompozytor odwiedził podczas swoich licznych tras koncertowych. Kule te były bardzo popularne i chyba każdy kiedyś taką dostał w prezencie lub przywiózł z wakacji. Samuel zawsze lubił się nimi bawić i mieć gdzieś pod ręką, zabawa nimi relaksowała go i wprawiała w błogi, beztroski nastrój. Obracał więc nią z góry na dół, wpatrując się w błyszczące, rozsypujące się w jej wnętrzu płatki i malutkie bąbelki z piętrzącą się u jej góry pianką. Stał tak chwilkę w zamyśleniu, przekręcając kule wokół jej osi. Z transu wyrwał go niezbyt przyjazny wzrok sprzedawcy mówiący niemalże: kupuj, albo zabieraj się stąd! Zmieszany jego spojrzeniem odłożył kule na półkę, pożegnał się i wyszedł pośpiesznie. Wszedł do następnego sklepu w którym nie było już zwykłych plastikowych zabawek, lecz antyki, obrazy, ręcznie robione pamiątki, wręcz dzieła sztuki małe i duże. Tu był powitany serdecznym uśmiechem i głośnym bonjoure! Poczuł się miło a sprzedawca przyjacielskim gestem zachęcił go do oglądania kolekcjonerskich przedmiotów. Kompozytor zatracając się w czasie podziwiał bez jakiegokolwiek pośpiechu piękne porcelanowe zestawy, tkaniny o różnych wzorach i kolorach a także orientalne drewniane figurki. W drugiej części sklepu spostrzegł też parę staroci, które przykuły jego uwagę, do których odkąd tylko pamiętał zawsze miał słabość. Zastanawiał się wielokrotnie skąd Francuzi mają tak wiele świetnych rzeczy, czy to nowych czy starych. Można je było kupić na corocznych francuskich jarmarkach, na bazarkach turystycznych, nad oceanem czy w Paryżu. Chyba żaden inny kraj na świecie nie dysponował takimi niezwykle pomysłowymi, stylowymi i charakteryzującymi się niezwykłą różnorodnością przedmiotami jak Francja. Paryż natomiast wręcz w nich tonął, w każdym sklepie i na każdym rogu ulicy, tak, że każdy turysta odwiedzający to miasto mógł wyszperać coś wyjątkowego dla siebie. Były to rzeczy do wszystkiego: różnego rodzaju pamiątki, obrazy a nawet dodatki do łazienki, salonu, biura czy kuchni. Również biżuteria, książki, stare płyty i wszystko inne. Można było nawet znaleźć starą winylową płytę Edith Piaf, Janis Joplin czy The Beatles. Przedmioty z charakterem, historią i urokiem, no i oczywiście z jakimś małym akcentem podkreślającym dyskretnie lecz z dumą informując nabywcę, że ten właśnie przedmiot jest francuski. W tym sklepie natomiast Samuelowi spodobał się starodawny, brązowo-zielony pojemnik na pióra wieczne. Przedmiot był wykonany z materiału, który trudno było określić, coś pomiędzy porcelaną a kamieniem. Pamiątka przedstawiała trzy stykające się książki, dwie zielono-brązowe pionowo i jedną poziomo. Wszystkie trzy przylegały do siebie na końcach. U dwu pionowych książek była duża przecinająca je przegroda na pióra wieczne a od wewnętrznej strony na brązowym tle krył się wyrzeźbiony napis: relatywizm. Na trzeciej poziomej książce umocowane było miniaturowe, srebrne, wieczne pióro ze złotą sprzączką i stalówką. Do tego przymocowany był łańcuszek dochodzący do kieszonkowego zegarka solidnie umocowanego na powierzchni książki. Zegarek miał białą tarczę i czarne wskazówki. Stał w miejscu wskazując godzinę dziewiętnastą. Przyglądając się uważniej temu antykowi kompozytor dostrzegł wystający z przegród jednej z książek kawałek zżółkłego papieru. Papier ten wyglądał na bardzo stary i miał przypalone wokół krawędzie. Było tam coś napisane pięknym artystycznym pismem, piórem wiecznym o niebieskim atramencie, lekko już wytartym pod wpływem czasu. Kompozytor sam do siebie szeptem odczytał te słowa:

gdy tak śpisz w ciszy
wśród przepływającej bieli błękitnego aksamitu
subtelnie dotykasz twarzą promieni słońca
bezwiednie koisz niespokojne oddechy

gdy tak śpisz w ciszy 
w moich dłoniach twoje dłonie
ciepłe ślady twoich ust
między szeptem moich słów


gdy tak śpisz w ciszy
to jesteś pięknem i wolnością nieba
jesteś pierwszym cudem świata
jesteś kimś kogo mi potrzeba

gdy tak śpisz w ciszy 
to napełnia mnie rozedrgany strach
że zobaczę twe skrzydła rozpostarte
w bezbrzeżnej przestrzeni wszechmogącego czasu . . .                                  

22.o5.06 

Po przeczytaniu fragmentu tego utworu Samuel z powrotem włożył zżółkłą kartkę do miejsca w jakim się wcześniej znajdowała i zdecydował, że kupi ten antyk. Słowa te brzmiały mu w myślach…. Rozejrzał się jeszcze po sklepie i tuż przy oknie, kątem oka spostrzegł kontury pewnej rzeczy stojącej na tle monochromatycznego obrazu. To było coś, co niezwykle go zaintrygowało. Absolutnie bez wątpienia był to ciekawy przedmiot, w związku z tym nie mógł oprzeć się obezwładniającej go pokusie przyjrzenia się temu bliżej. Miał wyrzuty sumienia z tego powodu ponieważ obawiał się, że nadwyrężył już cierpliwość właściciela, snując się wokół od dłuższego czasu, jednakże jego ciekawość zwyciężyła. Żywił aczkolwiek nadzieję, że zostanie mu to wybaczone… Oczywiście jak najbardziej nie miał w sobie cienia złych intencji, po prostu wystarczyła krótka chwila, która sprawiła, że doznał niezależnego od siebie stanu głębokiej uzależniającej fascynacji… Obawiał się tylko, że będzie odebrany jako dziwak, ale taki już był, lubił zbierać przedmioty, które go ciekawiły, szczególnie starocie, mające na sobie rysy historii. Jednakże jak to mawiał największy mentor kompozytora John Lennon: ,, It’s weird not to be weird’’. Samuel z natury był osobą, która dostrzegała nie tylko piękno przedmiotów, ale też przyrody, która nie była mu obojętna. Zawsze starał się żyć w harmonii z nią i wyznaczanym przez nią rytmem. Doceniał również to co było wokół niego, zachwycał się sztuką, uwielbiał poznawać nowych ludzi, odkrywać to co nowe i doświadczać. Kompozytor widział może zbyt wiele i czuł być może zbyt intensywnie… bywał często zbyt wrażliwy, zbyt uczuciowy, zbyt szczery i często zdarzało mu się działać pod wpływem chwili. Tak, bywał lekko ekstrawertyczny, ale też bardzo sentymentalny i refleksyjny… Miewał także długie okresy w swoim życiu, gdzie odcinał się od wszystkich i od wszystkiego. Zamykał się w swoim domu na długie tygodnie, czytał książki i pisał muzykę. Przesiadywał także w ogrodzie patrząc godzinami w niebo i na przepływające po nim chmury. Wieczorami w księżyc lub gwiazdy zastanawiając się co może się wydarzyć w najbliższej przyszłości lub w jakim kierunku zmierza jego życie. Najgorsze z tego wszystkiego było to, iż wtedy właśnie czuł najbardziej w sobie pustkę. Pustkę, która mu od zawsze towarzyszyła a najsilniej w tych właśnie momentach – pustkę nie wynikającą z niespełnienia, był spełniony, to było coś więcej. Pustkę która również nie wynikała z tego, że był niekochany, był. Czuł się kochany, może nawet za bardzo. Nie wiedział z czego ona wynikała, po prostu nie umiał jej niczym zapełnić, paliła jego wnętrze niosąc przy tym nieopisany ból, trawiąc go od środka i towarzyszyła mu odkąd tylko pamiętał. Nie rozumiał tego w sobie i nawet bardzo nienawidził, wręcz czasem do granic możliwości, ale cóż tak miał i taki już po prostu był… Zazdrościł tym którzy byli realistami i adaptowali się w rzeczywistości takiej jaka ona jest i ciesząc się tym jaka ona jest. Starał się jednak pocieszając sam siebie odnajdywać w tym pozytywne strony swojej osobowości… Może właśnie gdyby nie to, gdyby nie jego wrażliwość, nie powstałby żaden z jego utworów za które w końcu zdobył aż tak wiele prestiżowych nagród i dzięki którym stał się tak dobrze znany szerszej publiczności. Odstawił więc pokrowiec ze skrzypcami na podłogę i wziął z półki ten niepowtarzalny przedmiot. Zdziwił się tylko, że mimo, iż był nieduży to w dłoniach wydawał się dość ciężki. Ta secesyjna porcelanowa karafka okuta oprawą z brązu, zdobiona plastycznym ażurowym ornamentem geometryczno-roślinnym naprawdę robiła na nim ogromne wrażenie. Ach cóż to był za arcyciekawy antyk, a jakiż piękny! Złoto-zielony z namalowanymi ręcznie żółtymi krokusami. Ach te kształty, ach ten uchwyt przypominający do złudzenia skrzydło motyla z motywami małych rzeźbionych kwiatów, po których kompozytor przesuwał dłońmi czując każde ręczne wgłębienie artystycznego geniuszu i rzemiosła, które doprowadziło kunszt do najczystszej perfekcji… Natomiast u samego dołu tejże karafki, na zielonej mozaikowej powierzchni znajdowały się dwie idylliczne o kobiecych kształtach, bardzo enigmatyczne i wpatrujące się w siebie nimfy wodne otoczone po nagie ramiona zastygłą złotą falą zataczającą wokół nich wodne kręgi… Na spodzie pod szkliwem wytłoczona była pieczęć herbu składającego się z szabli i dwóch odwróconych od niej pól-księżyców na niebieskim tle z datą 31.01.1819 i sygnaturą R.B a naczynie jako całość zachowane było wręcz w nienagannym stanie. Samuel w związku z tym pomyślał, że ten piękny przedmiot cudownie wpasowałby się do jego mieszkania, do jego ciężkich drewnianych mebli i oczyma wyobraźni widział go postawionego na swoim brązowym lekko porysowanym biurku lub przy oknie wśród kwiatów… karafka ta idealnie pasowała do jego stylu, odzwierciedlała niejako jego charakter i trafiała w jego gust, dlatego też postanowił ją również bezzwłocznie nabyć.   
– Przepraszam pana bardzo spodobały mi się dwa antyki i chciałbym je kupić – mężczyzna spojrzał na niego zagadkowo i spytał.
–  Które dokładnie?
– Ten tutaj, na drugiej półce od góry i ten tu stojący przy oknie  – pokazał Samuel wskazując wymownym gestem.
– Mam na myśli o tą tu karafkę z krokusami i o ten brązowo-zielony pojemnik z książek – dodał kompozytor.
Mężczyzna podszedł do półki wolnym krokiem i wziął przedmioty w ręce. Po czym położył pojemnik na ladzie a karafkę przez dłuższy czas trzymał w dłoni. 
– Dość ciężka – podkreślił sprzedawca unosząc i opuszczając antyk, tak jak gdyby go ważył po czym dodał:
– Ma pan styl. Przepiękna rzecz, też mi się bardzo spodobała, trafia pan w mój gust – wskazał mężczyzna naznaczając pamiątkę wzrokiem.
– Piękna! – zgodził się całkowicie z nim kompozytor. 
– Czy jest pan pewien, że chce to kupić?
– Tak, spodobała mi się, poproszę.
–  Czas, czas, czas zostawia swój ślad w nas… Wiemy tylko ty i ja, ja i ty…tylko my… Niech to wszystko będzie naszą tajemnicą… przy blasku księżyca złożoną przez Ciebie w myślach dla mnie obietnicą… – powiedział ściszonym głosem mężczyzna.
– Słucham? O co chodzi? – zdziwił się Samuel, nie wiedząc czy dobrze zrozumiał słysząc tą niezrozumiałą dla niego grę słów.
– Jeszcze raz co pan przed chwilą powiedział, nie wiem czy… – chciał dokończyć zaskoczony Samuel, ale stary mężczyzna przerwał mu wpół zdania.
– Zapakować panu antyki? – zapytał jak niby nigdy nic sprzedawca zmieniając temat po czym zaczął pakować przedmioty nucąc przy tym jakąś melodie nawet nie czekając na odpowiedź Samuela. 
–  Słucham? – zapytał Samuel jeszcze raz nie wiedząc czy dobrze usłyszał chcąc się dowiedzieć o co chodziło. Mężczyzna całkowicie go ignorował, więc kompozytor już zaprzestał prób dowiedzenia się co tak dokładnie miał na myśli stary człowiek. Sprzedawca sprawnymi ruchami szybko skończył pakować antyki, po czym podał pakunek Samuelowi, przyjął należną zapłatę i powiedział do niego gdy ten już był w drzwiach:
– Do zobaczenia Samuelu – Kompozytor zdziwił się tym równie bardzo jak wcześniejszą sytuacją. Skąd znał jego imię? Dziwny facet, pomyślał, naprawdę dziwny a ten ton jego głosu, pytający, zagadkowy, z całą pewnością bardzo nieprzeciętny. Samuel wrócił na główną uliczkę i szedł dalej w górę. Jego biała lniana koszula i ulubiony naszyjnik dreamcatcher, który zazwyczaj nosił na sobie uderzał przy każdym jego ruchu o drewniane guziki wyzwalając ledwo słyszalny stukot. Gdy minął całą turystyczną alejkę, z każdym krokiem ku górze powietrze ze świeżego, lepko-słodkiego stawało się coraz cięższe, lekko gorzkie a gdy już pokonał olbrzymie schody i zbliżył się do mrocznych pomieszczeń nagle zamieniło się w chłodne i stęchłe. Zimno i coraz gęstsza ciemność pomieszczeń z małymi oknami przez które ledwo wnikały promienie słońca, rozbijane przez kolumny i pył z odpadających ścian podkreślały doniosłą atmosferę i historię tego miejsca. Będąc coraz wyżej i wyżej, Samuel miał wrażenie, że długie, wąskie i kręte labirynty nie mają końca, że zaraz się zgubi i przepadnie w ciemnej otchłani korytarzy! Gdy skrzypek dotarł do ostatniej sali usiadł na chwilę i popatrzył na jej piękną architekturę. Jedno spojrzenie wystarczyło, by wiedział, że jego wysiłek nie poszedł na marne. Wnętrze pełne było pięknej romańskiej ornamentyki. Ozdabiane ściany koloru kości słoniowej, potężne kolumny i wysokie łukowe sklepienia sufitów wypełnione nieograniczoną przestrzenią w której nawet najcichszy dźwięk zamieniał się w czyste dźwięczne brzmienie wprawiało kompozytora w zamyślenie i niosło inspirację. To właśnie tu za chwilę miał zagrać, zaczął patrzeć na zbierającą się powoli publiczność a także na tą przypadkową – turystów. Podziwiali oni każdy jeden kamyczek, każde jedno zadrapanie ściany i każdy jeden żmudny ślad dłuta rzeźbiarza zastygły w otchłani historii. Przypatrywał się im bardzo uważnie, niektórzy w pewnych momentach wydali mu się wręcz bardzo zabawni, niczym małe dzieci zaabsorbowane swoją zabawką nie zwracające na nic uwagi. Biegali tu i tam robiąc zdjęcia odcinek po odcinku, krzątali się wokół jakby całkiem go nie zauważając, poczuł się niewidzialny, patrzył więc on w półświadomym zamyśleniu na ich twarze i zastanawiał się skąd pochodzą i czym się zajmują. Kompozytor miał prawie zawsze taki zwyczaj, że gdy miał choć chwilę czasu przed koncertem to zawsze stawał gdzieś z boku na tyłach kurtyny i przyglądał się podekscytowanej, oczekującej koncertu publiczności. Dziś zrobił tak samo, spoglądał dyskretnie na mijających go ludzi, obserwował każdy ich ruch, każdy jeden mały okrzyk podziwu dla tej niezwykłej budowli i każdy jeden wyraz twarzy, z którego próbował wyczytać drzemiące w nich uczucia. Siła ludzkich uczuć od zawsze napełniała go inspiracją. Wielokrotnie zastanawiał się nad ich przemożną potęgą, wpływem na decyzje i reakcje ludzkie, na sztukę i muzykę… Ekspresja i kontrast uczuć wprawiały go w stan fascynacji, które umiejętnie przekuwał w utwory muzyczne. Radość, smutek, nienawiść, strach, zaskoczenie, szczęście, zazdrość, namiętność i miłość to kwintesencja przepełniająca i wydobywająca się z każdego jego dzieła muzycznego, dlatego też tak bardzo lubił wzbudzać w innych skrajne emocje… Po tej chwilowej i przed koncertowej inspiracyjnej refleksji poszedł w stronę tarasu, doświadczając tak jak przed laty dobrze znanego mu lekkiego ciepła tego cudownego blasku słońca skrzącego się pomiędzy płonącym już niebem a oceanem niosącym świeży i przyjemny zapach bryzy. Widok ze szczytu tej potężnej twierdzy na kanał La Manche, pobliskie miasteczko i otaczającą go zieleń był niesamowity. Przyroda zsynchronizowana była tu z tym pięknym arcydziełem architektury średniowiecznej w iście spektakularnie widowiskowy sposób. Słońce, które właśnie leniwie chyliło się ku utonięciu w oceanie skłoniło skrzypka do szybkiego powrotu do sali i dania wieczornego koncertu. Gdy wrócił i zaczął rozkładać skrzypce a wokół niego zaczęli zbierać się ludzie, siadali na ciężkich kamiennych ławkach rozmieszczonych w komnacie lub po prostu zatrzymywali się gdzieś w oddali. Gdy Samuel wziął skrzypce w dłonie i przyłożył do twarzy wszyscy turyści na chwilkę stanęli w bezruchu i zaczęli patrzeć w milczeniu z lekkim zaciekawieniem w jego stronę. Kompozytor zaczerpnął głęboki oddech napełniający go artyzmem i ekspresją. Po czym z drewnianej skrzyneczki rozbrzmiały pierwsze dźwięki pięknej melodii roznosząc się po wnętrzu przestronnej sali. Grał na przemian najpierw wolne nostalgiczne utwory do energicznych, rytmiczny i pełnych emocjonalnych uniesień. W połowie koncertu odbyła się mała przerwa podczas której Samuel wdał się w pogawędkę z publicznością a także pozował do zdjęć. Gdy przerwa dobiegła końca kompozytor postanowił podzielić się z zebraną publicznością opowieścią o tym jak został napisany jego utwór i co go do niego zainspirowało a po tej krótkiej opowieści dodał:
– No więc droga publiczności po raz pierwszy gram teraz ten utwór specjalnie dla Was. W sumie zagrałem go już kiedyś wiele lat temu w Nowym Jorku i parę dni temu w Londynie, ale po raz pierwszy gram go tu we Francji, wiec niech się dzieje! – Usłyszał głośne brawa, poprawił struny, wziął głęboki oddech i zaczął grać. Po paru minutach grania poczuł że płynie z wiatrem unoszony lekkim porywem jego zniewalającej siły. Kręcił się wokół melodii tracąc siłę grawitacji i przenosił się niemalże w inny wymiar. Czuł każde naciśnięcie strun, każde drgnienie, każdy cudowny wydobywający się z nich beztrosko uzależniający dźwięk. Ten utwór był wyjątkowy dla kompozytora, ponieważ ujął w nim swoje tęsknoty, marzenia i pragnienia… Zamknął oczy i rozkoszował się muzyką wydobywającą się z tego pięknego, pełnego kształtów kawałka drewna. Po chwili otworzył je i w tym właśnie momencie jego spojrzenie przykuła wchodząca z tarasu kobieta, której twarz oświetlały promienie słońca podkreślające jej jasną, delikatną karnację. Im bliżej była, tym bardziej gubiła się w świetle rozpraszanym przez kolumny, które mijała kierując się w stronę Samuela. Ubrana w długą bordową suknię, jakby nie z tej epoki, trochę na styl marokański, bardzo egzotyczną i oryginalną a zarazem niezwykle piękną i pasującą do jej subtelnej kobiecej urody. Suknia ta doskonale harmonizowała z jej lekko kręconymi włosami koloru nieba zachodzącego słońca. Szła powoli bawiąc się nimi beztrosko, przerzucając je delikatnie dłońmi z prawej strony do przodu. Z każdym jej krokiem kompozytor widział bliżej jej szczupłą sylwetkę i twarz. Z samej już oddali wzbudziła u niego zainteresowanie, jej płynny chód, kołyszące biodra i lekkość nie uszły jego uwadze. Z każdym jej krokiem, gdy coraz bardziej dostrzegał rysy jej twarzy nie mógł oderwać od niej wzroku, aż do chwili gdy podeszła bliżej i oparła się delikatnie po lewej stronie o jedną z  kolumn znajdującą się na tyle blisko by mogli spojrzeć sobie w oczy ten pierwszy raz. Krystalicznie czysta głębia jej pięknych śliniących oczu onieśmieliła Samuela, do tego stopnia, że opuścił wzrok. Po tym krótkim wymownym geście przepełnionym obustronną fascynacją popadł w paraliżujące go zmieszanie i przycisnął mocniej struny. Czuł jej wzrok na lewym profilu swojej twarzy, potem dłuższe spojrzenie na swoich dłoniach, zegarku, nie wiedział tylko czy to wrażenie, czy rzeczywiście patrzyła na niego? W połowie utworu zaczęła nucić i śpiewać synchronizując się z melodią wygrywaną przez kompozytora. Jej głos był cudowny, wdzierał się do jego wnętrza wypełniając go a przez jego ciało zaczęły przechodzić dreszcze. Słyszał słowa:

milkną minuty zegarów
milkną minuty zegarów…


nim słońce dzień obudzi
gdy noc jeszcze snami kołysze
unosisz się nad ziemią i płyniesz
a szybkość roztwiera ci nieba…

milkną minuty zegarów
porywa i mnie ta lekkość niebytu
w głębinach zachwytu
usypia nas cisza i czas…

milkną minuty zegarów
milkną minuty zegarów…     

Słysząc to struny zaczęły wyślizgiwać się kompozytorowi z pod palców. Było to dla niego nowe doznanie, zazwyczaj rzadko odczuwał tremę, a już na pewno nie tak silną jak w tym właśnie momencie. Występowanie dla dużej publiczności było dla niego czymś naturalnym, czymś do czego przywykł podczas swojej wieloletniej kariery. Grywał nieraz po dwa lub nawet trzy koncerty tygodniowo w wielkich parotysięcznych salach, więc to uczucie jakiego w tym momencie doświadczał bardzo go zdziwiło. Starał się skoncentrować, wziął głęboki oddech i przycisnął struny jeszcze intensywniej wygrywając ostatnie partie utworu. Płynna melodia końca utworu dodała mu sił uspakajając jego serce, uregulowała także jego oddech i wprowadziła harmonie… Z chwilą gdy odtwarzał ostatni takt przymknął oczy jeszcze mocniej i wydobył z ekspresją i uczuciem niesamowitą dekadencję czystego dźwięku. Zdobył się w sobie na odwagę aby na nią spojrzeć i otworzył oczy a gdy to zrobił to zdziwił się bardzo bo już jej nie było! A co gorsza nie było nikogo! Rozejrzał się niepewnie i wszystko wydawało mu się trochę inne, zmienione, dziwne…. Nie wiedział co się dzieje. Zauważył, że nie ma skrzynek na charytatywne datki a czerwony dywanik spod jego nóg nagle zniknął! Zniknęły także ciężkie betonowe ławki i zebrany tłum który wypełniał jeszcze przed chwilą to przestronne wnętrze. Miał wrażenie, że wszystko jest jak we mgle, niewyraźne, nierealistyczne i to aż do tego stopnia, że zaczynał myśleć, że śni… W tej potężnej sali nie było ani jednego turysty, nikogo, nawet tajemniczej kobiety! Został tylko on sam! Spostrzegł ją dopiero w ostatniej chwili gdy pośpiesznym krokiem wybiegała na krużganek znajdujący się na dachu Monte-Saint-Michael. Jej suknia falowała pod wpływem każdego jej ruchu. Samuel całkiem oszołomiony, zdezorientowany bez namysłu pobiegł za nią. Nieznajoma szła po prawej stronie okrążając prostokątny ogród otoczony kolumnami. Samuel skręcił więc w lewo, szedł po przeciwnej przekątnej, by spotkać ją u końca ogrodu, gdzie ich drogi łączyły się. Kompozytor zdziwił się bardzo, bo gdy spojrzał na lewą stronę prostokątnego ogrodu krużganka, nie było tam szyby, która była zabezpieczeniem dla turystów. Pomyślał, że to bardzo dziwne, bo szyba ta odkąd tylko pamięta zawsze tu była, a niemożliwe wręcz było by tak potężna szyba została stłuczona lub zlikwidowana, gdyż stanowiłoby to zbyt duże niebezpieczeństwo dla turystów zwiedzających Mont- Saint-Michel. Cała lewa strona wydawała mu się zupełnie inna, całkiem zmieniona, jedyne co pozostało takie same to jak zawsze ten sam cudowny rozpościerający się bezkreśnie widok na ocean. Brak szyby spowodował, że Samuel poczuł intensywną bryzę otwartego oceanu, wziął więc głęboki oddech i nie zwlekając już ani chwili dłużej przyśpieszył kroku, by dogonić nieznajomą. Po chwili znalazł się w połowie prostokąta na równi z kobietą lecz po drugiej stronie ogrodu. Zauważył, że spostrzegła jego obecność, spoglądali na siebie dyskretnie z oddali rozdzieleni kolumnami otaczającymi prostokąt w środku którego znajdował się piękny ogród pełen róż. Tu w krużganku na samym szczycie Mont-Saint-Michel powietrze było zupełnie inne niż w komnatach, świeże, pachnące oceanem i przesycone obłędnym zapachem kwitnących kwiatów! Świergot ptaków i przerywana cisza lekkim szumem oceanu odbijającym się głucho o fundamenty budowli sprawiała, iż atmosfera stała się bardzo mistyczna. Nieznajoma przyśpieszyła kroku, Samuel również starając się wyjść z za prostokąta w tym samym momencie co ona. Co chwilę spoglądała na niego ukradkiem z pod kolumn sprawiając wrażenie jakby chciała przed nim uciec. Przyśpieszyła jeszcze kroku i po chwili skręciła na rogu. Samuel również przyśpieszył, wręcz podbiegł by też zaraz skręcić i jak najszybciej znaleźć się naprzeciwko niej. Jego serce biło mocniej z każdym stawianym krokiem, szybciej i szybciej! Gdy zbliżył się do zakrętu i nagle znalazł się naprzeciwko kobiety doznał lekkiego zawrotu głowy i poczuł, że jego skronie pulsowały, wręcz paliły, złapał więc głęboki wdech i gdy tylko na niego spojrzała zatrzymał powietrze w płucach. Nastała głucha cisza, kompozytor i nieznajoma w milczeniu i z zauroczeniem patrzyli sobie w oczy. Miał złudne ogarniające go wrażenie, że kiedyś już gdzieś ją widział, że ją poznał, że ją zna! Jej twarz wydawała mu się taka znajoma, to jej spojrzenie…. Patrzyła w jego oczy bardzo głęboko i uśmiechnęła się przy tym nieśmiało uśmiechem pełnym harmonii i miłości. Samuel dojrzał w nich ogromne piękno i ukojenie. Czuł bijące od niej ciepło, jej dobro, jej wrażliwość… również coś, czego nie potrafił zdefiniować, ale miał wrażenie, że łączy ich coś wyjątkowego, coś co nie zdarza się często! To doznanie wykraczało niemalże poza pole grawitacyjne, wykraczało poza świat fizyczny… mógłby ją polubić, mógłby bezinteresownie zaprzyjaźnić się z nią! Chciał dowiedzieć się o niej czegoś więcej, czegokolwiek! Ta tajemniczość jaką wokół siebie roztaczała jeszcze bardziej podsycała jego ciekawość! Samuel nie wiedział co się dzieje, może to przez te słowa, które wypowiedział całkiem przypadkowo i bezwiednie: Niech się dzieję! Było to jak życzenie, bo właśnie dokładnie od tej chwili gdy tylko je wypowiedział wszystko powoli zaczęło się zmieniać! Tak, od tego momentu właśnie coś zaczęło się dziać… nie wiedział dokładnie co, nie umiał tego bardziej sprecyzować, po prostu działo się niezależnie od tego czy tego chciał, czy też nie… Było to coś niezwykłego, coś co nie zdarza się codziennie… Odbierało mu to zdolność racjonalnego myślenia, sprawiło, że nie był do końca sobą, nie umiał tego logicznie wytłumaczyć i uwolnić się od tego…. nie wierzył jednak jeszcze że to się w ogóle dzieje, że jest to możliwe! Był całkowicie przekonany, że to co się właśnie działo było wytworem jego wyobraźni, po prostu czymś co sobie dopowiadał, wymyślił, bo przecież jak tak nagle w przeciągu zaledwie paru minut wszystko mogło się tak zmienić, jego odbieranie świata, postrzeganie rzeczywistości… jak mogli zniknąć Ci wszyscy ludzie a Mont-Saint- Michel zaczęło wyglądać inaczej!! Wydawało mu się, że śni, tak, czuł się jak we śnie, który zawładnął każdym jego ruchem! Ale to przeczucie jakie w nim wzbierało gdzieś w środku, ten największy dreszczyk emocji, przeszywające go ciepło, które niosło zniecierpliwienie, sprawiało, że było tak nierealne a zarazem takie prawdziwe… wyczekiwał każdej kolejnej sekundy, jakiegokolwiek jej słowa, zastanawiając się co się wydarzy i co w ogóle ma robić! Czy ona podejmie pierwszy krok, czy coś powie?! Samuel stał nieprzytomny, zdezorientowany, nie był w stanie wykonać żadnego ruchu, a nieznajoma kobieta była dla niego tak niesamowicie piękna, że jej piękno wręcz odjęło mu mowę. Z trudem wydychał zaczerpnięte wcześniej powietrze. Wiedział i czuł, że ona wie, że wyczytała z ekspresji jego twarzy, że jest pod jej urokiem! Choć najbardziej starał się to ukryć, ale wszystko co się działo było gdzieś ponad nim i działo się wbrew jego woli! Miał wrażenie, że może nie musi nic mówić, że porozumiewają się pozawerbalnie, że się rozumieją. Stali więc tak razem w bezruchu gubiąc się w głuchej ciszy, po czym tajemnicza piękność zaczęła oddalać się od niego… Samuel stał nieruchomo przez chwilę a następnie nie zastanawiając się długo dogonił ją i spontanicznie złapał za dłoń próbując przy sobie zatrzymać! Nie wiedział dlaczego to zrobił, był bardzo zaskoczony swoim gestem, nie spodziewał się tego sam po sobie!! Zastanawiał się również czy tym odruchowym gestem zaskoczył bardziej siebie czy ją!! Może czuł, że przerastała go sytuacja, znajdował się niemalże na pograniczu rzeczywistości a snu! To wszystko co się właśnie wydarzyło było niemożliwe, niezrozumiałe i ciężkie do logicznego wytłumaczenia! Może postąpił tak też pod wpływem myśli, która mu nagle przyszła, że jak odejdzie to już nigdy się nie zobaczą a on zostanie sam w tej potężnej twierdzy a nie chciał aby tak się stało, bardzo tego nie chciał! A może też dlatego, że wydawało mu się przez chwilę, że bardzo dobrze się znają, że jest mu bliska. Nigdy wcześniej nic takiego w ogóle mu się nie przytrafiło i nic takiego nie czuł, to zdarzyło się po raz pierwszy!! Ona jednak szybkim ruchem zabrała swoją dłoń mówiąc:
– Panie czyż żeś zmysły postradał, spalą nas za to na stosie!
Samuela bardzo to zawstydziło i bardzo tego żałował, ale był to tak spontaniczny gest, którego nie kontrolował! Do tego jeszcze ten jej nietypowy dobór słów i ten niespotykany akcent. Ta chwila zaczęła zamieniać się w najgorszy koszmar! Samuel zaczął się dusić, każda sekunda zaczęła trwać w nieskończoność… nie wiedział co się właśnie stało i co ma zrobić aby wrócić do rzeczywistości… te wszystkie emocje które w nim wzbierały… to było takie niewytłumaczalne, zagadkowe…
             Kompozytor nagle usłyszał za sobą hałas i głośne w niezrozumiałym dla siebie języku okrzyki! Odwrócił się spostrzegając potężnego mężczyznę napinającego swój łuk i mierzącego w jego stronę! Samuel w momencie w jakim najmniej się tego spodziewał zobaczył lecącą w swoim kierunku strzałę, która przeszyła jego ciało! Poczuł palący go po lewej stronie ramienia i okolicy serca ból. Upadł do tyłu osuwając się na taras krużganku. Miał wrażenie że niebo które przyjmowało już ciemnoniebieską barwę nocy wali się na niego całym swoim ciężarem…
 

0

Leave a Reply

Your email address will not be published.