Header

Jarosław Nieznański

Jarosław Nieznański: Na świecie od ponad czterdziestu pięciu lat. Na wyspie od osiemnastu.

Tożsamość


– Wyobraź sobie drzewo. Najlepiej ogromne, z mnóstwem liści i splecionych gałęzi. Musi być naprawdę wielkie, i tak samo jak twoje życie, poplątane. Wśród tego zielonego labiryntu, jest ukryta nagroda. Bardzo cenna zresztą. Ty stoisz pod tym drzewem i wypatrujesz tej nagrody, lecz z poziomu pnia jej nie widać , ale jak tylko uda ci się wspiąć na pierwsze konary, zobaczysz ją od razu. Możesz ją wtedy zdobyć, to nie jest trudne, problem polega na tym, że najtrudniej jest na to drzewo wejść. A ty nie masz drabiny, i w pobliżu nie znajdziesz niczego, co mogło by ci w tym pomóc. Wejście na drzewo, symbolizuje pierwszy krok do trzeźwości, zawsze najtrudniejszy, a nagroda jest za to, że zdecydowałeś się podjąć tego arcytrudnego zadania, a to będzie dopiero początek wyboistej drogi…
…można już otworzyć oczy, czas minął. Osiemdziesiąt dolarów. Oczywiście zapraszam pana na kolejną sesję. Chwileczkę, zerknę w kalendarz…wtorek siedemnasta trzydzieści, może być? Hej! Mówię, że można już otworzyć oczy!
Johnnie Walker usiadł na kozetce, przeciągnął się leniwie i spojrzał na swojego terapeutę. George Hall sięgał właśnie do szuflady biurka, w której dudnił wibrujący telefon komórkowy. Odebrał połączenie i udał się do sąsiedniego pokoju. i Takiego zachowania musieli chyba uczyć na studiach psychologii – pomyślał Johnnie – koniec sesji, pacjent płaci, i od razu traktuje się go jak zużyte powietrze. Skorzystał więc z okazji i wyszedł z gabinetu przy szóstej Alei w Nowym Jorku, nie płacąc ani centa. Nie dlatego, że nie dysponował gotówką, po prostu miał taki kaprys. Schodził powoli po starych wytartych schodach trzypiętrowej kamienicy, zerkając na wydrapane nożem nieczytelne napisy na ścianach, i wiedział już, że widzi to wszystko po raz ostatni. Wychodząc, podjął dwie decyzje. Pierwsza – koniec z terapią. Nie uda mu się pokonać nałogu tym sposobem. Facet nawija o jakimś drzewie z nagrodami, a Johnniemu drzewo od razu kojarzy się z dębową beczką, w której leżakuje whisky. Poza tym i tak przez cały czas tej pustej psychologicznej gadki, Johnnie myślał tylko o kostkach lodu zatopionych w szkockiej. Druga decyzja – zmienić imię i nazwisko. Doszedł do wniosku, że zmiana tożsamości powinna rozwiązać sprawę. Dlaczego wcześniej na to nie wpadł? Musi natychmiast rozprawić się ze swoim imieniem! Myśl ta wprawiła go w wyśmienity nastrój. W głowie zaświtała mu taka myśl, że może warto sprawdzić, czy ten słynny pan Walker faktycznie był alkoholikiem? Myśl ta jednak znikła tak szybko, jak się pojawiła. Święcie przekonany o swojej racji, nie zaprzątał już sobie tym głowy nigdy więcej.
Wychodząc na ulicę, odruchowo spojrzał w górę. Nie oczekiwał, że George będzie mu machał chusteczką na pożegnanie, raczej spodziewał się widoku terapeuty wykrzykującego; „Zapłacić! Zapomniał pan zapłacić!”, ale nic takiego się nie wydarzyło. Najwidoczniej rozmowa telefoniczna wciąż trwała. Ciekaw był, ile czasu zajmie Georgowi zorientowanie się, że w jego miniaturowym sejfie będzie brakować osiemdziesięciu baksów. Ale nie przejmował się tym zbytnio, ponieważ podczas rejestracji podał fałszywe dane. Podświadomie czuł, że tak należy postąpić. Dopiero teraz dotarło do niego, dlaczego nie mógł powiedzieć jak się naprawdę nazywa. Przecież żaden psychoterapeuta o zdrowych zmysłach, nie podjąłby się go leczyć!
Ogromnie szczęśliwy i zadowolony z siebie Johnnie, udał się w kierunku swojego apartamentu, który znajdował się tylko cztery przecznice stąd. Szedł wzdłuż głównej alei, wesoło pogwizdując, a i podskoczyć zdarzyło mu się nie raz. Z radością pozdrawiał gestem dłoni samego siebie, za każdym razem, kiedy widział swoje odbicie w szybie sklepowej. Doszedł do trzeciego skrzyżowania i zatrzymał się przed przejściem dla pieszych. Spojrzał na zegarek, była godzina czternasta. W sam raz na małą szklaneczkę whisky. Takie wydarzenie trzeba oblać, bez dwóch zdań – pomyślał Johnnie – i przemknął przez ulicę, skacząc na jednej nodze, starannie omijając białe pasy oraz obojętnych na jego wyczyny przechodniów.
Stanął naprzeciw kamienicy. Z prawej strony drzwi wejściowych do jego apartamentu, znajdował się pub, po lewej zaś księgarnia. Właśnie rozpoczął się odwieczny dylemat Johnniego, z którym musiał się mierzyć za każdym razem, kiedy zbliżał się do domu. Czy najpierw w prawo, wejść dosłownie na „jednego” , czy prosto, a może w lewo; do księgarni? Z tym, że do księgarni jeszcze nigdy nie udało mu się dotrzeć, choć zawsze postanawiał, że będzie inaczej. Nigdy nie było inaczej. Po wyjściu z pubu ledwo czołgał się do domu, a miał do pokonania dziesięć metrów i raptem siedem schodów. To właśnie schody urastały do rozmiaru najwyższej góry świata, i tylko czasami, dzięki pomocy litujących się nad nim sąsiadów, Johnnie docierał na szczyt. Jednak rzadko kiedy spał w domu, ponieważ trafienie kluczem do zamka okazywało się zadaniem ponad jego siły.
Drzwi do lokalu o niezbyt zachęcającej nazwie „Nobody Inn”, stały otworem. Johnnie jednak się tam nie pojawił. Stał na progu i zaciekle walczył. Najpierw pojawiło się drżenie rąk, potem całe ciało zaczęło dygotać, powodując silny ból głowy. Przestępował z nogi na nogę, wzrok miał wbity w ziemię. Wiedział, że jeśli tylko spojrzy na szyld, przegra. Wciąż ze spuszczoną głową, zrobił mały krok w przód, a potem następny, aż doszedł do drzwi swojego apartamentu. – „Mały krok dla człowieka, ale wielki skok dla ludzkości, jeszcze będą ze mnie ludzie”! – Ta myśl go uratowała. Udało mu się przezwyciężyć pokusę w ostatniej chwili, przecież miał do załatwienia ogromnie ważną sprawę! Dodatkowym argumentem, który silnie przemawiał za abstynencją, były mocno niepokojące wyniki badań próby wątrobowej. Tak mawiał jego lekarz: „Im więcej pijesz tego kolorowego świństwa, tym bardziej białe staje się twoje gówno, przyjacielu, albowiem twoja wątroba właśnie przechodzi na ciemną stronę mocy”. Johnnie mógł oczywiście wcale nie słuchać swojego doktora, ale nie mógł mu przecież nie wierzyć.
Drugiego kwietnia, o godzinie czternastej trzydzieści, Johnnie Walker, po raz pierwszy w swoim dorosłym życiu, wrócił do domu trzeźwy.
Jego luksusowy apartament, który składał się tylko z jednego pomieszczenia, w niczym nie przypominał pijackiej meliny. W pomalowanym na szaro pokoju, który był wielkości poczekalni dworcowej, znajdowały się obrazy ogromnej wartości, cenne rzeźby oraz system nagłaśniający najnowszej generacji. Jego oczkiem w głowie była unikalna kolekcja autentycznych mieczy samurajskich katana, z szesnastego wieku. Każdy z dwudziestu mieczy posiadał certyfikat autentyczności NBTHK (Nihon Bijutsu Token Hozon Kyokai), i był wykonany ze stali tamahagane. Wszystko to oraz mnóstwo innych rzeczy Johnnie zakupił kilka lat temu, wkrótce po tym jak dostał okrągły milion w spadku po babci.
Był bogaty, choć wcale na to nie zasługiwał. Lenistwo miał wypisane na czole, toteż nigdy nie szukał jakiegokolwiek zajęcia na stałe. Z wykształcenia był architektem, całkiem zdolnym, a według niektórych piekielnie utalentowanym. Nieźle sprawdzał się też jako dekorator wnętrz. Jednak w żadnej firmie nie grzał fotela dłużej niż dwa miesiące. Odchodził zawsze w towarzystwie skandalu, w sposób spektakularny i z wielkim hukiem jaki niewątpliwie towarzyszy płonącym mostom.
Johnnie wszedł do mieszkania, stanął przy mahoniowym biurku i włączył komputer. Na monitorze ukazała się lista urzędów, w których można było złożyć wniosek o zmianę nazwiska. Johnnie wybrał jeden z nich, odpowiedni dla jego miejsca zamieszkania, zapisał adres i wyszedł z mieszkania.
Do gmachu urzędu dotarł taksówką w piętnaście minut. Wszedł przez duże obrotowe drzwi, wziął numerek i zajął miejsce w poczekalni. Siedemdziesiąt siedem! To musi być szczęśliwa liczba – pomyślał. I tylko jedna osoba przed nim! Jak na razie wszystko idzie gładko, a świadoma decyzja o pozostaniu trzeźwym przynajmniej do popołudnia , już była nie lada wyczynem. Ależ był z siebie dumny! Kiedy przyszła jego kolej, wstał i podszedł do stanowiska, przy którym zapalił się neon z numerem siedemdziesiąt siedem.
– Dzień dobry witam serdecznie nazywam się Richard McDonald w czym mogę panu pomóc? – wyrecytował jednym tchem urzędnik państwowy.
– O matko ! Pan też?
– Co ja też? – urzędnik nie krył zaskoczenia – dobrze się pan czuje?
– Wyśmienicie, dziękuję za troskę. Czy ma pan może rodzeństwo? – kontynuował Johnnie.
– Doprawdy, nie wiem o co panu chodzi? – spytał całkowicie zbity z tropu Richard – mam brata proszę pana, jeśli tak bardzo to pana interesuje.
– A czy brat nie ma przypadkiem na imię Maurice?
– Owszem, brat ma na imię Maurice. I co z tego? Czy byłby pan łaskaw wreszcie powiedzieć, w jakiej sprawie pan przychodzi!? – urzędnik z trudem hamował wściekłość.
– Nie jesteście panowie wielbicielami Big Maca? Z takim nazwiskiem? Musicie kochać to żarcie, co? Mam rację?
– W życiu nie byłem w żadnym McDonaldzie! Jeszcze mi życie miłe! To, że z bratem nazywamy się tak samo, jak założyciele tychże restauracji, wcale nie obliguje nas do wielbienia serwowanego tam, wątpliwej zresztą jakości jedzenia – oznajmił mocno już poirytowany urzędnik.
– A ja myślę, że racja jest jednak po mojej stronie – Johnnie nie dawał za wygraną.
– Śmiem wątpić, proszę pana. Czy wypytywanie obcych ludzi o ich prywatne sprawy to jest cel pańskiej wizyty?!?! Proszę mi wierzyć, że tylko i wyłącznie z szacunku dla instytucji w której się znajdujemy, nie dałem jeszcze panu w pysk – wycedził przez zęby urzędnik. – I dodał – każdy ma jakieś granice wytrzymałości, a moje są proszę pana już mocno nadwątlone.
– Przepraszam, poniosły mnie emocje. Proszę mi wybaczyć – szybko odparł Johnnie, przestraszony myślą o podbitym oku, albo co gorsza wybitych zębach.
– W porządku. Nie gniewam się na pana. Ja też przepraszam, tak naprawdę nie miałem zamiaru pana spoliczkować. To w jakiej sprawie pan przychodzi? – łagodniej już zapytał Richard, który najwyraźniej nie miał dziś dobrego dnia.
– Chciałbym zmienić imię. Nazwisko zresztą też.
– No, nareszcie zaczyna pan mówić z sensem. Pańska godność?
– Johnnie Walker.
– Ha, ha! Bardzo śmieszne! Idąc pańskim rozumowaniem, powinien pan przepadać za tym trunkiem. – Richard zauważył jak Johnnie kiwa potakująco głową, – Nie wmówi mi pan, że jest pan wielbicielem whisky, bo nazywa się pan Johnnie Walker!
– W rzeczy samej, proszę pana. Myślę, że właśnie to, jak się nazywam, jest przyczyną mojego problemu z alkoholem.
– Jest pan wyjątkowo naiwny, panie Walker. Od leczenia uzależnień są odpowiednie instytucje oraz grupy wsparcia. Zmiana imienia nic panu nie da.
– Ja jednak spróbuję. Z całym szacunkiem, nie przyszedłem do pana po radę, tylko żeby załatwić sprawę urzędową – powiedział Johnnie, zachowując jak najbardziej formalny ton głosu, żeby znów nie sprowokować urzędnika do chęci użycia przemocy.
– W porządku – szczerze ubawiony Richard nie miał sumienia wyprowadzać z błędu swojego petenta – zaraz zajmę się pańską sprawą.
Johnnie przyglądał się urzędnikowi, jak ten wstukuje jego dane do komputera. Nawet polubił tego faceta, choć z początku czuł do niego sporą niechęć.
– Niestety brakuje pańskiego aktu urodzenia. Sprawdziłem wszędzie. Mamy tylko dane z wyciągu pańskiej karty kredytowej, i numer ubezpieczenia społecznego, a to niestety nie wystarczy do załatwienia sprawy. Do zmiany danych osobowych, akt urodzenia jest niezbędny, proszę pana. Ma pan w domu odpis z tego aktu? Może być skrócony.
– Nie wiem…a bez tego nie da się nic załatwić?
– Ja mogę przyjąć to zlecenie, drogi panie. Poszukam jeszcze w innej bazie danych, ale uprzedzam, szansa, że go tam znajdę jest niewielka. Oto jak się sprawy mają; po złożeniu wniosku, ma pan pięć dni na dostarczenie brakującego dokumentu, w przeciwnym wypadku dyrekcja przydzieli panu nowe imię i nazwisko z urzędu.
– Jak to z urzędu, pan chyba raczy żartować?
– Takie są teraz przepisy i nie ja je ustalam – Richard przybił pieczątkę na formularzu, który właśnie wyrzuciła drukarka – proszę tu podpisać, panie Walker.
Johnnie złożył podpis, nie będąc już tak entuzjastycznie nastawiony do całej tej zmiany nazwiska. A co jeśli nie znajdzie w domu tego aktu? Nie może sobie pozwolić, na to, aby jakiś urzędas decydował o tym, jak on się ma nazywać.
– Czy ma pan jeszcze inną sprawę do mnie? – Richard zdecydował zakończyć sesję.
– Nie, to wszystko. Proszę mi tylko jeszcze powiedzieć, tak prywatnie, czy nie podejmuję jednak zbyt dużego ryzyka, zdając się na łaskę losu, w tej, co tu dużo mówić, życiowej decyzji. Nie chciałbym narazić się na śmieszność, jeśli przydzielicie mi imię, no powiedzmy niecodzienne, na przykład Dickie Head, albo Robert Fagot?
– Proszę się nie obawiać, nowe tożsamości przydzielane są ze specjalnej, starannie przygotowanej listy, na której to znajdują się nazwiska sławnych postaci, oraz takie, które są powszechnie używane. Żadnych głupich imion tam nie ma. Niewątpliwie na liście widnieją nazwiska osób kontrowersyjnych, lub takich co do reputacji których, zdania są podzielone, ale czyż to nie wspaniale nazywać się na przykład Ben Johnson? Facet był uwielbiany przez cały świat, a że brał niedozwolone środki dopingujące? Co to kogo teraz obchodzi? Prawda?
Reasumując; będzie miał pan do wyboru; przyjąć nazwisko osoby ogólnie znanej, lub zwykłe, jak na przykład John Smith, lub Tom Johnson. Proszę zauważyć, że procedura nadania nowej tożsamości, w przypadku losowego wyboru, nie obejmuje rozprawy w sądzie cywilnym. To będzie ogromna oszczędność czasu dla pana, panie Walker.
– Więc jednak będę miał jakiś wybór? Świetnie, uspokoił mnie pan. Do widzenia.
– Do widzenia. Jeśli będzie pan miał jakieś pytania, odnośnie pańskiej sprawy, proszę śmiało dzwonić – zakończył rozmowę Richard, wręczając Johnniemu swoją wizytówkę.
Już nieco podbudowany tą wiadomością, Johnnie opuścił gmach urzędu miejskiego i szybkim krokiem podążył w stronę swojej kawalerki. Nawet połowicznie załatwioną sprawę trzeba przecież oblać – pierwsza myśl szybko wyprzedziła wszystkie kolejne – tym bardziej, że mocno już wyschnięte gardło domagało się natychmiastowego zwilżenia. Natychmiast skarcił się w myślach za ten idiotyczny pomysł. Przecież odnalezienie aktu urodzenia, było sprawą priorytetową! Na świętowanie, oczywiście bez alkoholu, przyjdzie jeszcze czas – co do tego nie miał żadnych wątpliwości. Dotarł do domu już bardzo zmęczony. Emocje, jakie towarzyszyły mu tego dnia, pozbawiły go całkowicie energii.
*
Cały poranek dnia następnego, Johnnie spędził na poszukiwaniu brakującego dokumentu. Przetrząsnął cały salon. Wszystko jednak na próżno. Zrezygnowany, usiadł na kanapie i sięgnął po telefon. Wygrzebał z kieszeni wizytówkę Richarda i wstukał numer. Podczas rozmowy poinformował go, że aktu urodzenia nie odnalazł.

Na pytanie, z której listy mają wybrać nowe nazwisko, Johnnie odpowiedział, że oczywiście mają wziąć pod uwagę tylko listę osób znanych. Jakoś przyzwyczaił się do rozpoznawalnego imienia i nie wyobrażał sobie nazywać się pospolicie. Miał cichą nadzieję, że wylosowanym imieniem będzie Albert Einstein. Richard zapewnił go, że na to akurat nie ma żadnego wpływu, i że decyzja wraz z aktem nadania nowej tożsamości przyjdzie pocztą najpóźniej pojutrze. Informację o nadaniu listu, Johnnie otrzyma SMS-em.
Jako Albert Einstein, będąc w posiadaniu jego ogromnej inteligencji i wiedzy, mógłby podjąć pracę wszędzie, zarabiając przy tym mnóstwo pieniędzy. No i przede wszystkim, nikt nie będzie go już wyrzucać, przecież z alkoholem koniec. Podjęcie jakiegokolwiek zatrudnienia przez Johnniego było nieuchronne, bowiem ze spadkowego miliona, pozostało niecałe sto tysięcy. Choć to wciąż spora suma, Johnnie zdawał sobie sprawę, że nie wystarczy mu ona na długo. Nie przy jego trybie życia i zbyt mocno wygórowanych potrzebach.
Pozostając w tym samym miejscu, z telefonem w ręku, Johnnie postanowił zaprosić do siebie znajomych. Nie miał ich zbyt wielu, większość zerwała z nim wszelkie stosunki, głównie przez jego pijaństwo. Do tych, którzy jednak byli z nim w stałym kontakcie, wierząc, że pewnego dnia przestanie pić, zamierzał właśnie zadzwonić. Nie chciał być sam w tak ważnym dniu.
– Halo, cześć Trevor!
– Walker, pijaczyno ty nasza, co słychać? Stało się coś? Nie odzywałeś się miesiącami!
– Pijaczynę możesz sobie na przyszłość darować, właśnie w tej sprawie dzwonię – odparł Johnnie – od jutra nie piję.
– O! Wybierasz się w końcu na leczenie? Chcesz się pożegnać, tak? – powiedział Trevor z nadzieją w głosie.
– Nic podobnego. Słuchaj, może zabierzesz Betty i przyjedziecie do mnie jutro na obiad? Zamówię coś ekstra do żarcia, będzie super. Wtedy zdradzę wam szczegóły.
– Jak nas zaprosiłeś z okazji otrzymania nowej posady, to było chyba jakieś pół roku temu, też mówiłeś, że będzie super. Może i dla ciebie było, ale my nie bawiliśmy się tak dobrze. Obraziłeś wtedy wszystkich obecnych, a na koniec załatwiłeś swoją potrzebę na środku salonu. Rozdając nam potem maski tlenowe, mówiłeś; „tak drobny i nieistotny incydent, nie może licować na naszej przyjaźni”. Otóż licował, mój drogi. Przynajmniej do czasu twoich przeprosin. – wypomniał mu Trevor.
– Przyjedziecie, czy nie? – Johnnie nie chciał wracać pamięcią do tych wydarzeń – mam was jeszcze raz przeprosić za tamto? Przepraszam więc po raz kolejny.
– W porządku, nie ma sprawy. Będziemy o czternastej, może być?
– Jasne! Zobaczysz, nie będziecie żałować, zmieniłem się, przyjacielu – zapewnił Johnnie i rozłączył rozmowę.
Zadzwonił jeszcze do kilku osób, z których udało mu się namówić tylko dwie. Jedynie Bridget i Mark, zgodzili się przybyć bez większych oporów. Johnnie już miał odłożyć telefon na sofę, kiedy rozległ się sygnał przychodzącej wiadomości. Krótka notka z urzędu miasta, informująca o nadaniu ważnej korespondencji, wywołała u Johnniego euforię, połączoną z lekkim atakiem paniki. „To się dzieje naprawdę szybko” – pomyślał ze strachem – „muszę natychmiast zorganizować to przyjęcie”. Zdjął z wieszaka marynarkę i wyszedł do miasta.


*
Nadszedł być może najważniejszy dzień w życiu Johnniego Walkera. Wczorajsze popołudnie spędził na organizowaniu cateringu, wszystko poszło według planu. Zastawiony stół czekał już na pojawienie się gości. Zamówione potrawy, ciepłe i gotowe do spożycia, czekały cierpliwie w specjalnych podgrzewanych pojemnikach. Lodówka uginała się pod ciężarem ogromnej ilości deserów. Johnnie siedział naprzeciw włączonego sprzętu hi-fi, był wyjątkowo spokojny i zrelaksowany. Z głośników rozlegał się rytmiczny „Enter Sandman”. Johnnie zamknął oczy i oddał się całkowicie we władanie muzyki…
Z krótkiego letargu wybudził go dzwonek do drzwi. Poszedł otworzyć. W drzwiach stał listonosz. Johnniemu gwałtowniej zabiło serce. Drżącą ręką pokwitował odbiór listu poleconego, podziękował, i z kopertą w ręku, udał się z powrotem w głąb salonu. Patrzył na zamkniętą korespondencję, jak na nowo odkryte znalezisko archeologiczne, którego zawartość ma odmienić losy świata. To on był tym odkryciem, nowym podniecającym znaleziskiem, które zadziwi całą ludzkość. Ależ uczucie! Będzie kimś zupełnie obcym, a jednocześnie będzie sobą, tym samym, aczkolwiek trzeźwym Johnnie Walkerem. – „Ech! Jakie piękne będzie moje życie”! – Johnnie nie posiadał się z radości.
Znów dzwonek. Tym razem nie zdążył dojść do drzwi. List pozostał nienaruszony. Może to i lepiej? Czwórka znajomych nie czekała aż ktoś ich wpuści do mieszkania, wpakowali się do środka krzycząc od progu;
– Czy ktoś tu mieszka?! Gdzie jest gospodarz?! Ile będziemy czekać?!
– Jestem, jestem! – odparł równie głośno, zdezorientowany Johnnie – Nie daliście mi szansy podejść do drzwi, wchodźcie śmiało!
Goście zdjęli wierzchnie okrycia i zajęli miejsca przy stole.
– Czego się napijecie, moi kochani? – zapytał.
– Może najpierw byśmy coś zjedli, co? Panie gospodarzu? – Mark obrzucił pytającym spojrzeniem wszystkich obecnych, choć słowa skierowane były do Johnniego. – Aromat dobrego żarcia czuliśmy już na ulicy! – dokończył.
– A może zanim zaczniemy ucztę, Johnnie powie nam łaskawie, co to za okazja? – Betty była wyraźnie zniecierpliwiona.
– Tak, tak ! Powiedz Johnnie! – zawtórowali jej Trevor i Bridget.
– W porządku – uspokoił ich – nie ma co dłużej przeciągać. Otóż, moi przyjaciele, postanowiłem zmienić nazwisko, ponieważ doszedłem do wniosku, że to ono jest przyczyną mojego alkoholizmu. Zanim zaczniecie się śmiać i rzucać głupie komentarze pozwólcie mi wyjaśnić całą sprawę. Dodam tylko, że wszystkie formalności zostały już załatwione. Oszczędzę wam więc biurokratycznych szczegółów, one już i tak nie mają żadnego znaczenia. Koperta, którą trzymam w ręku zawiera informację, która na pewno zaważy w dużej mierze na mojej przyszłości, a kto wie, może i na przyszłości całego świata. Powstrzymajcie się proszę jeszcze chwilę, nie mówcie nic, dopóki nie otworzę koperty. To dla mnie ogromnie ważny moment. Dziękuję, że jesteście teraz ze mną.
Betty i Bridget spojrzały po sobie pytająco, a Mark i Trevor zdawali się patrzeć na Johnniego z politowaniem. Według nich Johnnie wypił już do południa co najmniej butelkę whisky i teraz realizuje kolejny ze swoich pijackich, bezsensownych pomysłów.
Johnnie otworzył list i rozwinął złożoną na trzy części kartkę papieru, przeleciał szybko wzrokiem po zawartej tam treści i otworzył szeroko usta. Nie wypowiedział jednak ani słowa. Goście, z przyklejonym do niego wzrokiem czekali na kulminacyjny moment przedstawienia.
Johnnie starannie odłożył kartkę na stół i z dystansu patrzył na jej treść jeszcze przez chwilę. Emanował spokojem, jakiego do tej pory nikt z obecnych w jego zachowaniu nie widział. Powoli uniósł głowę. Czworo zupełnie obcych ludzi przyglądało mu się niepokojąco uważnie. Ogromny salon, który urządzony był całkiem gustownie mógł robić wrażenie, ale nie robił. Zbyt mocno wyczuwalna była nuta współczesnego kiczu. Coś jednak przykuło jego uwagę. To coś znajdowało się na ścianie tuż za plecami Betty. Na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Wolnym krokiem zaczął obchodzić stół dookoła gładząc wszystkich delikatnie po głowach. Zatrzymał się obok Betty. Błyskawicznym ruchem chwycił jeden z japońskich mieczy i wziąwszy potężny zamach rozpłatał czaszkę Betty na dwie równe połowy. Cios był tak potężny, że ostrze miecza zatrzymało się dopiero w połowie korpusu.
Dopiero po chwili do reszty dotarło, czego są świadkami. Bridget, która siedziała naprzeciwko martwej Betty zaczęła wrzeszczeć, bo sparaliżowaną strachem nie stać było na nic więcej. Trevor i Mark rzucili się na Johnniego, pokonując potężnym susem stół. Johnnie stał bez ruchu. Kiedy obaj byli już po drugiej stronie, Johnnie odskoczył pół metra w tył, wyczekał moment, aż ci staną przed nim wyprostowani, i precyzyjnym cięciem z półobrotu rozciął im ciała powyżej pasa, czym pozbawił ich ochoty do dalszej walki. Obaj starali się z całych sił zatamować krwotok, ale rany były zbyt głębokie, jelita zaczynały powoli wypływać na podłogę. Ciężkie tony wymaszerowały z głośników jakby chciały dobić rannych;
„I’m your dream, make you real,
I’m your eyes when you must steal,
I’m your pain when you can’t feel,
Sad but true…”
„Plask, plask” – duże fragmenty trzewi spadały na podłogę. Johnnie rozkoszował się widokiem. Tylko ta cholerna muzyka! Przy akompaniamencie orkiestry smyczkowej obraz byłby zdecydowanie lepszy. Kilka sekund później ciała obu mężczyzn osunęły się bezwładnie w kałużę ich własnych wnętrzności. Oprócz metalicznego zapachu świeżej krwi, w powietrzu unosiła się też woń moczu. Miecz nie będzie potrzebny, żeby zdobyć ostatni, wciąż mocno irytujący wrzaskliwy ostatni żywy bastion w postaci Bridget, która nie mogąc oderwać wzroku od zmasakrowanych ciał byłych przyjaciół najwyraźniej postanowiła właśnie stanąć w szranki z wokalistą Metalliki.
Bridget niszczyła struny głosowe jeszcze jakiś czas. W końcu zamilkła. Braw nie będzie, przykro mi… O! Co ja widzę? Błaganie w oczkach? Nic z tego moja droga, jesteś fatalną wokalistką…


Bóg bardzo lubi zabijać, robi to bez przerwy, a przecież jesteśmy stworzenia na jego obraz i podobieństwo, prawda”?
– zapytał, choć jej odpowiedź i tak pozostanie bez wpływu na dalsze wydarzenia.
– Johnnie…co…ty…mówisz? – zdołała wyjąkać – ja nie rozu…
– Johnnie? – przerwał jej w pół słowa – Pomyliłaś mnie z kimś innym. Nazywam się Hannibal Lecter – powiedział Hannibal i wyrwał jej serce.


Zadzwonił telefon. Hannibal powoli chwycił urządzenie lewą ręką, ponieważ w prawej trzymał cieplutki pulsujący organ.
– Słucham? Kto mówi? – zapytał.
– George Hall. Jest mi pan winny pieniądze za wizytę – bez ogródek odparł George.
– To pomyłka, jeszcze nie byłem z wizytą u nikogo. Żegnam. – stanowczo powiedział Hannibal.
– Niech pan lepiej ze mną nie pogrywa, panie Walker. Poznaję pana po głosie. Podanie fałszywych danych nic panu nie dało, jak pan widzi. Znam pana prawdziwą tożsamość i mam pański numer telefonu. Zdobycie adresu, a byłoby lepiej dla pana, aby nie było to konieczne, będzie tylko kwestią czasu. Ja mam swoje sposoby, ja mam koneksje, mnie nie można oszukać drogi panie!
– W porządku. Niech pan się nie unosi, oczywiście, że pana pamiętam – skłamał. – Oddam panu pieniądze. Mogę przyjść do pana za… – Hannibal ocenił szybko czas na dokończenie uczty – dwie godziny. Proszę tylko podać mi adres.
– Tylko niech pan nie próbuje znów mnie oszukać! Będę na pana czekał w moim gabinecie. A adres pan zna, wystarczy spojrzeć na wizytówkę, którą dałem panu na początku naszego spotkania. – George rozłączył się.
Na zewnątrz słońce bawiło się w chowanego pomiędzy budynkami. Hannibal szedł do George’a mrużąc co chwilę oczy. Myślał intensywnie o wydarzeniach z przed kilku godzin. Tak wyśmienitej uczty nie doświadczył nigdy wcześniej. Jadło było naprawdę przedniego gatunku, zarówno to, które było już gotowe jak i to, które przyrządził sam. Szkoda tylko, że muzyka nie była w jego guście. Żałował, że z głośników nie wybrzmiała na przykład jedna z “Wariacji Goldbergowskich” Bacha. Do następnej imprezy doborem muzyki zajmie się osobiście. Miał nadzieję, że tam, gdzie się właśnie udaje, zabawa będzie jeszcze lepsza.
Nagle poczuł czyjąś dłoń na plecach. Wzdrygnął się. Bynajmniej nie ze strachu, raczej z zaskoczenia. Odwrócił się i zobaczył uśmiechniętą twarz obcego mężczyzny.
– Witam panie Walker! Czy jak tam się pan teraz nazywa? Nieważne. Nie poznaje mnie pan? Richard McDonald, z urzędu miasta. Właśnie szedłem do pana przekazać dobrą wiadomość. Odnalazł się pański akt urodzenia i może pan sam wybrać sobie imię! Czyż to nie wspaniała nowina? Proszę przyjść do urzędu, najlepiej jutro, między dziewiątą a szesnastą.








Adam Yarski.

0

Leave a Reply

Your email address will not be published.